The House of the Dead: Remake – recenzja

Dziś zapoznam Was z grą, której pierwotna wersja ukazała się w roku 1996 za sprawą Segi, na PC, automatach i Sedze Saturn. Teraz po wielu latach możemy zagrać w jej odświeżoną wersję za sprawą MegaPixel Studio i jej wydawcy Forever Entertainment, dzięki któremu mogę napisać również ten tekst, gdyż otrzymałem kod na ów tytuł.

Gra reprezentuje gatunek rail shooterów, mamy tutaj strzelankę na szynach – gracz nie porusza się postacią, operuje jedynie celownikiem. Fabuła w grze nie jest jakaś zaskakująca, czy wyjątkowa, jesteśmy jednym z dwóch agentów, do wyboru Thomas Rogan lub G. Zostajemy wysłani do mrocznego laboratorium. Naszym zadaniem będzie sprawdzenie, co kryje się za tajemniczymi zaginięciami mieszkańców w okolicy. Jak się okaże, za tym wszystkim stoi doktor Curien.

Rozgrywka tak jak w oryginale jest wartka i wymaga od nas dobrej koordynacji. Nie jest łatwo eliminować pojawiające się zewsząd zombie, czy inne kanalie. Nie ma tutaj czasu na podziwianie otoczenia, chwila nieuwagi i czeka nas zgon. Dodatkowo działać trzeba szybko, jeżeli mamy zamiar ratować ocalałych, czasu jest mało, gdyż maszkary tylko czekają, by rozprawić się z żywymi.

Gra oferuje nam dwa tryby gry, oryginalny oraz tryb hordy, ten drugi cechuje się większą liczbą wrogów pojawiających się na ekranie. W obu trybach mamy możliwość wyboru poziomu trudności oraz rodzaju punktacji, klasyczny oraz nowy, premiujący dokładne trafienia naszych przeciwników. Zagrać możemy również w trybie kooperacji, współpracując lub zbierając punkty na własne konto.

Technicznie jest dobrze, ogrywałem tytuł na Xbox One S. Grafika została dostosowana do dzisiejszych standardów, nie ma tu oczywiście mowy o jakimś efekcie wow, ale mogło być gorzej. Rozgrywka jest płynna, nie odnotowałem problemów ze spadkami klatek.

Pora przejść do mankamentów owej produkcji, dopatrzyłem się w zasadzie jednego, za to bardzo istotnego – długość tytułu. Mamy zaledwie 4 rozdziały, te zaś możemy ukończyć w jeden wieczór, i to krótki. Pierwowzór wywodził się z automatów, stąd pewnie długość zabawy nie miała większego znaczenia, ważne, by wrzucać monety i szybko ginąć. Grę można kończyć kilka razy, maksować, calakować itd., ale to raczej dla zapaleńców, lubiących takie akcje. Ciekaw jestem, czy twórcy mogli dodać własne etapy, czy może byli uwiązani jakimiś umowami.

Grało mi się w ów tytuł bardzo przyjemnie, aczkolwiek za krótko. Pozycja jest dostępna na wszystkich aktualnych platformach. Czy grę polecam? Fanom celowniczków zdecydowanie, młodszym graczom, którzy nie mieli okazji poznać tego gatunku również za rozsądną cenę. Moim zdaniem produkcja idealnie wpasowałaby się w usłudze Game Pass, dzięki czemu mogłoby się z grą zapoznać wielu graczy, którzy mając tytuł w abonamencie, nie narzekaliby wówczas na jej długość. Marzy mi się, by twórcy stworzyli nową odsłonę tej serii, odpowiednio długą i pozwalająca na dłuższą zabawę. Kończąc, chciałbym jeszcze raz podziękować wydawcy za otrzymany kod, dziękuje za umożliwienie zapoznania się tym tytułem.

Was zaś zapytam: Zamierzacie sprawdzić grę? Macie jakiś ulubiony tytuł tego gatunku?

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Najnowsze wpisy