Wygrać marzenia – recenzja

Jestem ogromnym fanem kina, ze sportem w tle. Od momentu zapowiedzi tego tytułu, wyczekiwałem jego premiery, nie często bowiem nasi rodzimi twórcy tworzą coś takiego. Obsada, temat, to wszystko powodowało, iż można było przypuszczać, że uda się z tego ulepić coś dobrego. Niestety, jak to często bywa, pomysł dobry, realizacja już niekoniecznie.

”Wygrać marzenia”, to Polsko-Węgierska produkcja, której reżyserem jest Piotr Fiedziukiewicz. Historia opowiada losy Maksa Rockiego (Józef Pawłowski), utalentowanego snowboardzisty, który ma ogromną rzeszę fanów. Jest bardzo pewnym siebie zawodnikiem, sądzi, że uda mu się zdobyć medal na igrzyskach w Pekinie. Na krajowym podwórku, jego największym rywalem jest Antoni „Tony” Szmit (Sebastian Fabijański), łagodnie rzec ujmując, obaj sportowcy nie pałają do siebie miłością.

Maks, wmanewrowany w próbę pobicia rekordu świata w prędkości zjazdu na desce, decyduje się na jej podjęcie. Niestety wyczyn nie udaje się, a zawodnik odnosi poważną kontuzję. Kontuzja i brak uczestniczenia w zawodach powoduje, że chłopak traci sponsorów, odchodzi od niego dziewczyna, a laury i sławę przejmuje jego rywal Tony. Na jego drodze pojawia się Shu (Selina Lo), pianistka z Chin, zaczyna między nimi iskrzyć. Zawodnik postanawia wrócić do rodzinnego domu w Tatrach, tam nie jest witany z otwartymi rękoma, nie poddaje się, chce za wszelką cenę udowodnić, że jest w stanie wrócić do dawnej formy i wziąć udział w Igrzyskach.

Historia może i sztampowa, dająca jednak nadzieje na coś dobrego. Niestety realizacja już nie jest tak udana. Odnoszę wrażenie, że twórcy nie do końca wiedzieli, na jakim wątku się skupić, przez co otrzymaliśmy sporo chaosu. Gdy myślisz, że osią będzie rywalizacja zawodników, nagle inny wątek przebija się przed szereg, tak jest kilkukrotnie. Historia miłosna wygląda jakby, wklejono ją na siłę. Za mało także ukazano sportu, a przecież aż się prosiło o więcej dobrych ujęć na stokach. Aktorsko jest w miarę dobrze, oprócz wspomnianych bohaterów, grają tu także: Mirosław Baka, Olaf Lubaszenko czy Sławomir Orzechowski. W rolach epizodycznych grają: Piotr Żyła, Mariusz Czerkawski, Roman Kołtoń, szkoda, iż pojawiają się na ekranie tylko na chwilę.

Nie wiem, czy doczekamy się w końcu dobrej rodzimej historii, ze sportem w tle, tej pozycji na pewno nie można dodać do udanych. Często jest tak, że gdy kończy się jakiś film, myślimy sobie – szkoda mogli to trochę rozwinąć. Tutaj niestety, film momentami ciągnie się, trwa ponad 2 godziny, pod koniec już nie mogłem doczekać się końca. Z przykrością stwierdzam, że nie polecam, aczkolwiek lepsza to produkcja od filmu ”Żużel”.

Co Wy sądzicie o tym tytule, spełnił oczekiwania, czy może tak jak ja, jesteście zawiedzeni?

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Najnowsze wpisy