Peter V. Brett – Malowany człowiek, czyli jak smakuje dobra fantastyka

Moje przygody z książkami fantasy obierały różne kierunki i nie zawsze było kolorowo. Czasem autorzy zlewali opisy z fabułą i powstawał kocioł. No bywało różnie.

Nie umniejszam gatunkowi! Trafiłem na wiele skarbów, do których z pewnością będę wracał z wielką przyjemnością. Jedne mniej, inne bardziej znane. To właśnie dzięki nim wciąż drążę w temacie i mam odwagę poznawać kolejnych twórców. 

Rok 2021 obfitował w wiele ciekawych lektur i spełniony zmierzałem ku jego końcowi, gdy zdarzyło się coś na co nie byłem gotowy – pokochałem „Malowanego człowieka”, pierwszą cześć cyklu demonicznego.

Ale od początku, czyli od opisu wydawcy:

Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc.
Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.
Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi.
Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha – jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo – nowicjuszka u starej Zielarki. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny Minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego – są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?

Mamy troje bohaterów – znany i lubiany przeze mnie motyw – których losy zaplatają się nie tylko ze względu na siejące strach otchłańce, ale również przez zło i słabości drzemiące w ludzkich sercach. To właśnie one pchnęły Arlena, Leeshe i Rojera w drogę, która pełna jest niebezpieczeństw. Na jej końcu mają odkryć swoją prawdziwą tożsamość – nawet za bardzo wysoką cenę.

Brett stworzył ciekawy, rozbudowany, ale nie skomplikowany świat. Sama historia o wojnach z otchłańcami jest pomysłem świetnym, który wciąga i ciekawi. Przeciwko demonom ludzkość ma jedynie kilka runów, które chronią przed pewną śmiercią. Ludzie przez setki lat się rozleniwili, stali się cwani i aroganccy przez co zatracili większość magicznych artefaktów. To co udało się odzyskać to wciąż za mało by dać choć iskierkę nadziei na lepsze czasy. 

Właśnie wtedy pojawia się Arlen, Leesha i Rojer.

Wszyscy oni stracili zbyt wiele w młodym wieku. Są zdeterminowani i odważni, a gdy sobie to uświadamiają, zaczyna się cała akcja powieści. 

Autor ponad to serwuje czytelnikowi bardzo dobre opisy walk. Trochę makabryczne, heroiczne i budzące ciarki na skórze. Starcie Arlena z Jednorękim, pojawienie się go po wielkiej przemianie – wtedy przerywałem lekturę, a z moich ust wyrywało się pełne zachwytu: cholera!

Peter V. Brett stworzył coś czego potrzebowałem. Przemawia do czytelników prostym językiem, pozwala skupić się na wartkiej akcji, która pochłania. „Malowany człowiek” jest pierwszym tomem cyklu demonicznego, na który składa się pięć części. Każda z nich była dotychczas podzielona na dwie księgi.

Ale…

Fabryka słów zdecydowała się na wznowienie starszych wydań, z tym że „Malowany człowiek” zmieścił się w jednej, ponad 800 stronicowej, księdze. Czy to dobry zabieg? Dla mnie tak. Nie znałem wcześniej tenj historii, a nowa oprawa jest genialna. Przykuwa uwagę i jest dopracowana w każdym calu. Jeżeli wydawnictwo pójdzie za ciosem i kolejne części będą wyglądały podobnie, na półkach znajdzie się chyba najlepiej wyglądająca seria polskiego świata wydawniczego. Rynek jest wymagający, a określenie „książki nie oceniamy po okładce” straciło na znaczeniu, bo poza treścią liczy się też wygląd. Nie ukrywajmy, że ludzie kupują też oczami, nie tylko pochlebnymi opiniami.

Podsumowując: „Malowany człowiek” Petera V. Bretta to dla mnie książka idealna. Czytało mi się ją o wiele łatwiej niż np. genialnego „Pana Lodowego Ogrodu”. W pierwszym tomie cyklu demonicznego nie ma też lawiny politycznych zagrywek jak w „Grze o Tron”.  Brettowi zdecydowanie bliżej do Tolkiena niż, pod względem treści do Martina, lub stylowo do Grzędowicza. Sądzę, że fani Śródziemia mogliby być zadowoleni ze spotkania z Arlenem, Leeshą i Rojerem i podobnie jak ja, niecierpliwie będą wypatrywać paczki z kolejnymi częściami cyklu.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Najnowsze wpisy